— Uspokój się — odezwał się głosem cichym. — Wiesz, że się ciebie nie boję, jak i to, że... Twoja zaś moralność i twoje zatargi z kodeksem karnym nic mnie nie obchodzą. Jestem wyższy ponad... nie dlatego, bym z tytułu dawnej przyjaźni czuł względem ciebie jakieś zobowiązanie, lecz po prostu z... wyrachowania.

— Nie rozumiem ciebie.

— Mniejsza o to. Nie zależy mi na tym, byś rozumiał. Zatem, czego chcesz ode mnie? Pieniędzy?

— Tak. Oddam, gdy będę miał. Ale to nie wszystko.

— O?!... — zdziwił się profesor.

— Nie przerażaj się. Chodzi o drobiazg. Miałem przed paru miesiącami pewną przygodę i zobacz...

Rozpiął kamizelkę i koszulę, odsłaniając szeroko sklepioną klatkę piersiową z małą różową blizną tuż nad obojczykiem.

— Widzisz — ciągnął — tu trafiła, a teraz obsunęła się aż tu, pod pachę, i zaczęła mi zawadzać.

Wąskie, wypielęgnowane palce profesora namacały nieduży, twardy przedmiot pod samą skórą.

— Rewolwerowa?