Alicja Horn wstała. Salę zaległa zupełna cisza. Ogarnęła wzrokiem gęsto stłoczone głowy, setki par oczu wpatrzonych w nią, rozciekawionych, chciwych, natrętnych.

Nie miała jednak tremy.

Gdy odezwała się, głos jej zabrzmiał czysto i metalicznie:

— Wysoki Sądzie! Jeden z panów obrońców nie bez słuszności zaznaczył, że brak w tej sprawie jakichkolwiek dowodów winy oskarżonego Orczyńskiego. Istotnie nie mamy dowodów materialnych, nie mamy też naocznych świadków zbrodni. Jedynym dowodem jest psychika oskarżonego, jedynym świadkiem strasznego czynu jest on sam. Świadek ten odmawia nam zeznań, które by były dostatecznie wiarygodne. Musimy zatem wydobyć je wbrew jego woli. Przewód sądowy dał nam możność poznania tego człowieka. Wiemy, że w życiu był zawsze zimny. wyrachowany, że głównym motorem jego działań był pieniądz. I nagle przed czterema miesiącami zmienia się nie do poznania. Dlaczego?... Dlaczego, spotkawszy na swej drodze naiwną, ubogą dziewczynę, dziewczynę nieodznaczającą się ani urodą, ani inteligencją, oświadcza się jej i robi wszystko, by ślub przyśpieszyć? Nie z miłości przecie, bo wiemy, że ani na chwilę nie zerwał z kochanką. Nie z miłości, bo sam w dniu ślubu kpi z „sentymentalnego osła Borkiewicza” w rozmowie z Puszkowskim. Nie z miłości, bo matka zamordowanej miała przecie jej list pełen rozpaczy, list, który w niewykryty sposób zaginął właśnie po wizycie Orczyńskiego w domu teściowej. Oczywiście mógł nie wiedzieć o milionowym spadku amerykańskim, lecz tylko mógł! A to jeszcze nie znaczy, że nie wiedział! Po cóż upierał się przy sporządzeniu intercyzy86 ślubnej? Jeżeli chodziło mu o zabezpieczenie żony na wypadek własnej śmierci, wystarczyłby zwykły testament. Lecz Orczyński, człowiek zamożny, żąda intercyzy, która gwarantowałaby mu dziedziczenie majątku żony, nieposiadającej jeszcze wówczas nic poza drobną hipoteką87 i skromniutką biżuterią. Oskarżony Orczyński nie należy do ludzi, którzy nie wiedzą, co i po co robią. Wysoki Sądzie! Niepodobna sobie wytłumaczyć też pobudek, dla jakich ten człowiek, nienawidzący manifestowania czułostkowości, człowiek nieutrzymujący życia towarzyskiego nagle po ślubie zaczął demonstracyjnie obnosić się ze swymi uczuciami do żony, składać wraz z nią wizyty u najdalszych znajomych i obsypywać żonę, niekochaną żonę, podarkami, podczas gdy nawet dla kochanki zdobywał się tylko na jeden prezent w roku! W aktach sprawy znajduje się list oskarżonego do dyrektora firmy, której był prokurentem. W liście tym Orczyński, usprawiedliwiając się z tego, że tak długo załatwia umowę na dostawy, pisze: „...nie umiem nic robić na aby zbyć. Mój system polega na dokładnym zbadaniu terenu, poznaniu ludzi, ustawieniu figurek na szachownicy, na drobiazgowym opracowaniu planu i na wyczekaniu najodpowiedniejszego momentu. Wówczas dopiero działam. Dzięki temu nawet w drobnych transakcjach zawsze wygrywam, a tu przecie chodzi o przeszło trzysta tysięcy. Gruby kusz88, wart miesiąca solidnej roboty”. Wysoki Sądzie, tutaj kusz wynosił półtora miliona złotych i wart był czterech miesięcy solidnej roboty!...

Przez ławy publiczności przeszedł głośny szmer. Adwokaci pochylili do siebie głowy i coś szeptali.

Podprokurator Alicja Horn zrobiła pauzę i zaczęła znowu.

— A robota to była precyzyjna. Oskarżony zmienił mieszkanie nie dla własnej profesji, lecz za radą lekarza. Opowiadał wszystkim, że lekarz stanowczo radził jego żonie przenieść się na przedmieście, gdzie jej wątłe płuca nie będą narażone na wchłanianie takiej ilości kurzu. Prawda. Doktor Baranowski potwierdził przed sądem tę swoją radę, lecz stanowczo utrzymywał, że nie było potrzeby wynoszenia się na przedmieście i że tylko na pytanie Orczyńskiego powiedział: „Owszem, radziłbym, jeżeli to państwu różnicy nie zrobi”. I oto oskarżony Orczyński, nieznoszący jazdy tramwajami, a żałujący sobie na taksówki, sprzedaje swoje mieszkanie na Senatorskiej i kupuje inne aż na Wierzbnie. On, niecierpiący chodzenia po schodach, dla niekochanej żony, dla drobnego niedomagania jej płuc decyduje się na mieszkanie aż na piątym piętrze! Kiedy właściciel kamienicy proponuje mu takież mieszkanie ma drugim, Orczyński upiera się przy piątym. „Czystsze powietrze”, powiada. Zamieszkuje w niewykończonym domu, naraża się na wiele, bardzo wiele niewygód. Zapytuję, cóż go tam pociąga?...

Zniżyła głos i skandując każde słowo, odpowiedziała na swoje pytanie:

— Pociąga go czarna przepaść windy... Pociągają go otwarte, niczym nieosłonięte paszcze framug wiodących do pustej czterdziestometrowej studni, zakończonej betonowym dnem! Jeżeli ktoś znajdzie się na progu czarnego otworu na piątym piętrze, wystarczy lekko go pchnąć! Nie ma dlań ratunku! Napełni czarną studnię rozpaczliwym krzykiem i runie w dół, a na twardym dnie betonu legnie krwawą miazgą! Oskarżony słyszał ten krzyk, oskarżony widział tę miazgę już wtedy, gdy klęczał na stopniach ołtarza!

Podniosła rękę do góry i zawołała przejmującym głosem: