Łęczycki wypytywał o szczegóły rozprawy, doktor niechętnie opowiadał. Zdumienie adwokata nie miało granic.

— Żebym wiedział, psiakość — klął z zacięciem — tobym postarał się o przesunięcie mego terminu. Coś niesłychanego! Żeby taki cyniczny numer zemdlał! Psiakość! W jej przemówieniu musiało być, do diaska, wiele ekspresji, hm... sugestywności...

— I okrucieństwa — cicho dodał Czuchnowski.

— Ach, ty sentymentalny staruszku — roześmiał się mecenas — przecież to był zbrodniarz!

— Tak, bez kwestii.

— I stało się zadość sprawiedliwości! Z tego, co mówisz, miarkuję, że gdyby nie mowa pani Alicji, wypuszczono by łotra na wolność.

— Ja nic nie mówię — bronił się Czuchnowski — ja sam nie wiem właściwie... Ale mnie w tym wszystkim coś po prostu przeraża.

— Furda, chłopie!...

— Ja rozumiem... ale...

— Mój drogi Władku, jakże ty możesz być lekarzem?! A jak trzeba pacjentowi nogę uciąć, to co? Albo, dajmy na to...