— Jak to, co ty mówisz? — zerwał się profesor. — To niemożliwe!
— No, powiadam ci. Ktoś darł się z auta i nawet szybę wybił. Na własne uszy słyszałem, a nawet widziałem kawałki szkła na jezdni.
— A nie zauważyłeś przypadkiem, jak wyglądał ten samochód?
— Czarna, duża limuzyna. Może Delage, może Benz, zresztą czort go wie.
— To dziwne — powiedział po pauzie profesor.
— Co się tak tym przejmujesz? — wzruszył ramionami gość.
— No, zawszeć to nie należy do rzeczy powszednich, zwłaszcza na Żoliborzu... Przepraszam cię na chwilę. Zdejm marynarkę i koszulę. Zaraz wrócę z narzędziami.
Znowu znikł za drzwiami i wrócił po paru minutach z dużą niklową5 skrzynką w ręku. Za nim wszedł mały, chudy człowieczek w białym kitlu lekarskim, od którego ostro odbijała jego niezwykle żółta cera.
— Oto pacjent, doktorze — powiedział profesor, zawahał się chwilę i dodał: — mój przyjaciel z lat szkolnych... pan...
— Winkler — pośpiesznie podpowiedział gość.