Służba witała mecenasa Łęczyckiego jak starego znajomego. Lożę, oczywiście, zarezerwowano i to całe szczęście, bo już teraz nie ma ani jednej wolnej.
Orkiestra murzyńska w białych smokingach grała bostona98.
Loża była tak osłonięta, że z sali, położonej o trzy prawie metry niżej, niepodobna było do niej zajrzeć. Natomiast Alicja widziała wszystko. Urządzenie sali przypominało okrągły podwórzec hiszpańskiego pałacu, loże — okratowany balkon, porośnięty winem. Służba w strojach argentyńskich kowbojów uwijała się z brzękiem ostróg między niskimi masywnymi stolikami.
Publiczności było jeszcze niewiele, lecz wciąż jej przybywało.
— No, jak się pani podoba ta buda? — zacierał ręce Łęczycki.
— Owszem, bardzo tu miło.
Podano moc99 zimnych przekąsek, koniak, wermut i czerwone wino.
— Gorącej kuchni tu nie prowadzą — objaśnił mecenas — głównie ze względu na zapach potraw, ale pomimo to bywa w „Argentynie” gorąco.
Wyjrzał na salę i dodał:
— O, niech pani zobaczy: w tej loży nad fontanną teraz nie ma nikogo, ale koło pierwszej zjawi się Powiniecki. Nie było jeszcze wypadku, by nie wywołał awantury...