Gdy z kolei rozpoczął się dancing, w loży Alicji zjawiła się egzotycznie ubrana kwiaciarka i położyła przed nią pęk białych róż.
Czuchnowski przestraszył się, a mecenas wydobył banknot stuzłotowy.
— Dziękuję — dygnęła kwiaciarka — ale to od dyrekcji.
— Jakże to — zastanowił się po jej wyjściu doktor — prezenty?
Alicja odsunęła kwiaty, lecz mecenas podał je jej znowu.
— Niechże pani weźmie, tu jest taki zwyczaj, że paniom rozsyła się kwiaty.
Alicja wzięła róże i powiedziała:
— Wspaniałe. A pachną! Ten pański znajomy, mecenasie, zrujnuje się, jeżeli wszystkim paniom rozsyła takie luksusowe kwiaty.
— Nie ma obawy — usłyszała za sobą niski głos — rodzaj i piękność kwiatów dostosowuję bowiem zawsze, proszę pani, do urody moich klientek.
Przyjrzała mu się. Wyraz twarzy miał poważny i rzeczowy, taki, jakby załatwiał w tej chwili handlowy interes. Nie zauważyła niczego, co wyglądałoby na poufałość ze strony tego Amerykanina, i dlatego powiedziała: