— Dziękuję panu. Przepiękne róże. Dużo też pan rozsyła takich bukietów co wieczór?

— Takich? — zrobił minę, jakby się namyślał. — Hm... o ile mnie pamięć nie zawodzi... odkąd wprowadziłem ten zwyczaj, taki jest pierwszy...

Alicja nic nie odpowiedziała, natomiast Łęczycki, lubiący stawiać rzeczy konkretnie, zaopiniował:

— Wcale się temu nie dziwię. Do diaska! Niech się panu nie zdaje, dyrektorze, że powiedział pan komplement o jotę lepszy, niż zrobiłoby to pierwsze z brzegu lustro.

Straszny hałas w loży nad fontanną i wybuch ogólnego śmiechu na sali odwrócił ich uwagę.

Widok był niezwykły: elegancki, młody człowiek w smokingu, trzymany za nogę przez kilka osób, a zwieszony przez parapet loży głową w dół, usiłował dosięgnąć do strumienia fontanny trzymanym w ręku damskim pantofelkiem i nabrać wody.

Tylko Alicja zauważyła, że dyrektor Winkler wybiegł.

Tymczasem po kilku nieudanych próbach młodzieńcowi udało się zaczerpnąć wody i ogłuszające brawa zagłuszyły orkiestrę.

— Idiota! — skrzywił się Czuchnowski.

— Szampana! — zawołał Łęczycki.