Mówił zwięźle, prosto i treściwie, głosem spokojnym, a jednak Brunicki drżał przez cały czas i stawał się coraz bledszy.

— Otóż, Karolu — kończył Drucki — chłopiec ten jest tutaj, w Warszawie. Tu też są jego rodzice. Ponieważ są moimi przyjaciółmi, na pewno zgodzą się, byś mógł chłopca zbadać osobiście.

Profesor nagle wybuchnął nerwowym śmiechem.

— I cóż mi z tego? — zapytał z wręcz obrażającą ironią.

— Jak to co? — oburzył się Drucki. — Zobaczysz dziecko, które ma oczy podobne do moich jak dwie krople wody, dziecko kobiety, która nigdy nie była moją kochanką.

— Właśnie! Jeżeli nie była nią!

— Karolu! Ona sama gotowa ci przysiąc!

— Ba! — wykrzywił usta Brunicki. — Sam powiadasz, że jest mężatką. Dlaczego nie miałaby przysięgać sto razy?! Wanda też przysięgała.

— Ależ ten chłopak ma rysy podobne do ojca i jego usposobienie.

Profesor wzruszył ramionami.