Załkind mocno potrząsnął jego ręką. Dodał jeszcze parę szczegółów i biorąc kapelusz, powiedział:

— Mam jeszcze jedno do kapitana.

— Cóż takiego? — wesoło zapytał Drucki, widząc zakłopotanie gościa.

— Widzi pan, kapitanie, jutro są imieniny Luby. To ona się martwi, że kapitan nie wie. Niech pan nie zdradzi mnie, że ja pana uprzedziłem, ale jej będzie tak przyjemnie, jak się okaże, że pan pamiętał. Czy dobrze?

— Ależ dziękuję panu, Jack, oczywiście będę u was!

— I to jeszcze — uśmiechnął się Załkind — że u nas wieczorem będzie dużo gości. Ale co to za towarzystwo? Sami Żydzi!... To nie dla pana...

— Niby dlaczego?...

— Nie dla pana i już. Ja wiem, co mówię. Ale na obiedzie to my będziemy sami i tylko moja siostrzenica, studentka. Jakby pan tak niespodziewanie przyszedł, tożby się Luba ucieszyła!

Drucki solennie obiecał, po czym przystąpił do omawiania interesu. „Argentyna” rzeczywiście dawała poważny dochód i Załkind był zachwycony. Robił trochę wymówek Druckiemu za to, że ten przysłał mu księgi buchalteryjne141 do sprawdzenia, ale przyznał, że takimi księgami to warto się pochwalić.

— No i widzi pan, kapitanie — powiedział na wychodnym — że miałem rację. Pan to żywy kapitał!