Jeszcze raz poprosił o przemilczenie tej wizyty przed Lubą i wyszedł.
„Ten ją kocha!” — pokręcił głową Drucki i pomyślał, że sam nie byłby zdolny do takiej miłości. Kochał kobiety, żyć by bez nich nie umiał i nie miałby po co, ale kochał wszystkie. Niemal w każdej odkrywał jakiś nowy indywidualny wdzięk, jakiś niespotykany szczegół urody, rys temperamentu czy oryginalny ustrój psychiczny, który go pociągał. Nie umiał i nie chciał wyrzekać się tych powabów życia, które urobiło jego bujną naturę, intensywnego życia, wysysanego do ostatniego włókna.
Przebrał się i pojechał do „Argentyny”.
Wszystko było w porządku, wszyscy na swoich miejscach, w oczekiwaniu na publiczność, która niebawem zacznie napływać.
Przejrzał zamówienia na stoliki i loże i powiedział kasjerowi:
— No, dziś będzie ładne żniwo! Wszystkie loże zamówione i to nie przez byle kogo.
— Ba — wyszczerzył zęby kasjer — a ile osób musieliśmy odprawić z kwitkiem. Telefonował dyrektor Szulc, później ten Radwan, co to ma konie na wyścigach, jakiś cudzoziemiec, mecenas Łęczycki, inżynier Fum...
— Co?! — przerwał Drucki. — Mecenas Łęczycki? Kiedy telefonował?
— Może kwadrans temu.
— I co? Chciał lożę?