— Pierwsza — potwierdził profesor, spoglądając na zegarek.

Gość wstał.

— Do widzenia, Karolu.

— Zaczekaj... chwilę. Nie chciałbym, byś odszedł tak zaraz... Nie proponuję ci, byś zamieszkał u mnie. Z wielu względów jest to niemożliwe...

— Ależ, Karolu, ja bynajmniej nie miałem zamiaru...

— Nie — przerwał profesor — wiem, że nie chciałbyś tego. Ale widzisz, nie znaczy to, byś nie miał mnie odwiedzać... Jestem piekielnie samotny, przeraźliwie samotny... Nie spytałeś, ani słówkiem nie wspomniałeś o nim, a przecie może cię obchodzić jego los.

Fakir zmarszczył brwi.

— Mówisz o swoim synu?

— Mówię o synu Wandy.

Zaległo milczenie. Profesor Brunicki wpił się wzrokiem w twarz gościa i zaczął mówić jakimś bezbarwnym, monotonnym głosem: