Drucki podniósł brwi.

— Nie, takich nie spotykałem wcale — powiedział z przekonaniem.

— Nie zbywa panu na skromności.

— Myli się pani. Stykam się bowiem tylko z takimi kobietami, które chcą, bym je zdobył. A inne... mijają mnie. Przechodzą obok. Nie istnieję dla nich, a one nie istnieją dla mnie. Gdy ktoś szuka w lesie malin, nie dostrzega kwiatów i odwrotnie. Po prostu nie dostrzega. Gdy wróci, a zapytamy go: „Czy też dużo było kwiatów?”, odpowie: „Bardzo dużo malin”.

— Nie o to mi chodzi — przechyliła głowę Alicja. — Pytałam, czy zbierając maliny, nie zapragnął pan kwiatów, których zdobyć nie udało się panu?

— Widywałem je z daleka, ale nie zatrzymywałem się przy nich, bo one tego nie chciały. Ich zapach ściągał motyle lub pracowite pszczoły. A ja jestem... trutniem.

Nic na to nie odpowiedziała, lecz gdy zagrano walca i schodzili na salę, zapytała:

— Dlaczego pan zatem mnie nie ominął?

— Bo... bo i pani obok mnie nie przeszła.

Ujął mocno jej kibić i zawirowali wśród kilkunastu innych par.