— Pana, pana, kochany panie prokuratorze. Opowiadają, że pan aż chudnie z miłości do pani Horn.
— Ja? Chudnę? — zaczerwienił się Martynowicz — chudnę, bo piję „Karlsbad”171. A to gniazdo plotkarstwa...
Krótkie silne pukanie do drzwi i wejście Alicji Horn jak nożem ucięło spór.
— Dzień dobry panom — przywitała się z uśmiechem i zaraz rozłożyła przed Martynowiczem jakieś papiery.
Wchodząc, od razu wyczuła, że między obu starszymi panami musiał zajść jakiś spór. Prokurator był czerwony, a prezes nerwowo skubał wąsy. Ze spojrzeń zaś, które ją spotkały, wywnioskowała, że mówili o niej, a była pewna, że nic złego.
Nie było to zresztą dla niej nowiną. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że podkochuje się w niej niejeden mężczyzna w sądzie. Jeżeli nie sprawiało to jej przyjemności, bynajmniej nie było też przykre. Zresztą nie unikała sposobności podobania się tak, jak ich nie szukała.
Pozycja jej była coraz mocniejsza. Nie tylko w pałacu Paca, nie tylko w świecie prawniczym, lecz i w ministerstwie uważana była za jednego z najzdolniejszych członków prokuratury.
Jeżeli w jakimkolwiek stopniu do wyrobienia tej opinii przyczyniła się jej uroda, nie martwiła się tym wcale.
Przecie przede wszystkim była kobietą, inną niż większość, mądrzejszą, inteligentniejszą, niezależną w całym tego słowa znaczeniu, ale tym niemniej kobietą, a dopiero później prokuratorem, co — jak to udowodniła swoją półroczną działalnością — nie tylko nie kolidowało ze sobą, lecz stwarzało całość, z której mogła być dumna.
Oto stała się żywym dowodem pełnego człowieczeństwa kobiety.