— Życzliwy?!

— Mniejsza o wyraz. Dość że chodzi mi o to, żeby coś robić.

Załkind uśmiechnął się z zażenowaniem i zrobił niewyraźny ruch ręką.

— Drogi kapitanie Winkler, co tu ja mogę wymyślić? Mnie nawet jakoś głupio, ale ja tu, w kraju, to jestem bardzo solidny kupiec. Ja mam kasy ogniotrwałe, ja trzymam stróżów nocnych...

Drucki wybuchnął śmiechem.

— Cóż do pioruna! Posądza mnie pan o zamiar zorganizowania bandy?! Cha... cha... cha.... Panie Załkind... Ja też chcę być solidny! Czy pan przypuszcza, że ja do solidnych rzeczy się nie nadaję? Że mnie, choćby czasami, nie można zaufać?...

Załkind złapał go za przegub ręki.

— Już! Już rozumiem. Chwileczkę... Ha, czy ja panu nie ufam! Sobie więcej nie ufałbym... Chwileczkę! Muszę się zastanowić...

Wbił oczy w podłogę i zmarszczył czoło.

— Handel to nie dla pana, kapitanie...