— A, nie dla mnie.
— Mam też fabrykę trykotaży18, ale to też nie dla pana. Hm... lasem handluję... O, to wymaga dużo ruchu, podróży, wyjazdów, trzeba sprytu i prezencji... Mam w Białowieży19 nawet jedną ciężką sprawę z niejakimi Fajersonami. Zrobili mi machlojkę20 z kontraktem. Rzecz nie sądowa, tylko na własną gorącą robotę. Pan dałby im radę. Chodzi o okrągły milion. Co by pan na to powiedział?
Drucki zastanowił się i zaprzeczył ruchem głowy.
— Dlaczego nie?
— Chcę trochę posiedzieć ma miejscu. Później owszem...
— Kapitanie — zakonkludował21 Załkind — co ja panu powiem: niech się pan nic nie martwi. Już ja coś na mur dla pana znajdę. Dla pana spod ziemi wykopię! Niech pan tylko przeniesie się z tego hotelu i dba o zdrowie. Zdrowie to grunt.
Umówili się w ten sposób, że nazajutrz Drucki przyjdzie do Załkinda na kolację. Zjedzą we dwójkę, bo Luba z dzieckiem siedzi w Rabce22, więc będą mogli swobodnie pogadać.
Z tym się rozstali.
Drucki nazajutrz obudził się wcześnie rześki i wyspany.
Wyszedł na miasto w świetnym humorze i zaczął wędrówkę po sklepach: ubranie, buty, palto, kapelusz, bielizna, zegarek, rękawiczki, inne drobiazgi, potem kąpiel w łaźni na Krakowskim23 i tamże zabiegi fryzjerskie.