Oderwał przemocą jej ręce od siebie, rzucił się na fotel.

— Nie można tak... Luba... to straszne... nie można... — mówił przerywanym głosem — ...dałem twemu mężowi słowo...

Podeszła do niego.

— Więc co? Więc co? Więc nie dotrzymasz — szeptała, czepiając się jego rąk.

— Dotrzymam!... Luba... Muszę dotrzymać i dotrzymam...

— Dałeś słowo — nie ustępowała — że nie weźmiesz mnie... No więc, dobrze, dobrze... Ale nie odmawiaj mi swoich pieszczot... Przecież to wolno...

— Luba, ja oszaleję! Czy ty nie rozumiesz?!...

— Nic nie rozumiem, nic nie chcę rozumieć — tuliła się do niego — mój cudny, mój najsłodszy...

Miał ręce gorące jak płomień, a skóra jej jak marmur była zimna. Miał wargi spieczone, a usta jej były soczyste i wilgotne.

Ostry dzwonek telefonu obudził ich i otrzeźwił.