Doktor Kunoki wyprzedził ich i zapalił światło.
Był to ładny biały pokój, przypominający urządzeniem sanatoria i nieco pracownie malarskie, gdyż okna umieszczone były w suficie.
Położyli dziewczynę na łóżku. Japończyk zbadał jej puls, Brunicki przyniósł aparat do iniekcji i zastrzyknął jej pod skórę na ręku jakieś lekarstwo.
— Chodź — wziął pod rękę Druckiego.
Szli znowu korytarzem, mijając kilkoro drzwi, bliźniaczo podobnych do tych, za jakimi została nowa pacjentka profesora. Wszystkie były obite grubym wojłokiem189 i nie miały klamek.
Przeszli obok pokoju kąpielowego, w którym słychać było pluskanie wody i płacz dziecka.
— Ty masz tu cały szpital — zauważył Drucki.
Przeszli dość dużą, ciemną salę, pobłyskującą z kątów niklowanymi aparatami. Laboratorium, czy też sala operacyjna. Znowu korytarz, grube drzwi, które profesor otworzył kluczem, i oto znaleźli się w znajomym hallu.
— Dziękuję ci — powiedział Brunicki.
— Karolu — przytrzymał jego dłoń Drucki — pamiętaj, że ona ma żyć.