— Nie bój się, draniu! Już mam wszystko. Twoja Kazia powędrowała na posiedzenie, a i tobie kilka lat odpoczynku się należy.

— Niech mnie pan wypuści!

— Nie, braciszku, nie ma tak dobrze.

Szedł ku niemu wolno, uśmiechnięty, spokojny jak nigdy. Nie mógł go wprawdzie oddać policji, gdyż równałoby się to wydaniu i Kazi, ale ten musi mu zapłacić za wszystko.

Cierżawski cofał się krok za krokiem. Z małych, zatłuszczonych powiek strzelały szybkie, niespokojne spojrzenia, szukające drogi ratunku, na lśniącej twarzy wystąpiły grube krople potu.

Znalazł się już w kącie i jego grube ręce o palcach przypominających serdelki podniosły się obronnym ruchem.

O sekundę, o ułamek sekundy za późno.

Zwarty węzeł pięści mignął błyskawicznym łukiem i ze straszliwą siłą spadł na szeroki nos Cierżawskiego. Niemal jednocześnie druga pięść sztychowym uderzeniem w ogromny brzuch skurczyła jego ciało w wielki kłąb, który pod nieustającymi ciosami zwijał się, falował, przewalał w sobie, zmieniając swój kształt.

— Aaaaa... — charczał Cierżawski.

To, że nie próbował obrony, zwiększyło jeszcze bardziej pasję Druckiego. Olbrzymie chłopisko, zdrowe niczym wół, a takie niemrawe.