Z trudem, jęcząc i krzywiąc się, podniósł się z ziemi i zataczając się, padł na krzesło. Wsadził gruby palec w usta.

— Prawie wszystkie zęby — skarżył się żałośnie.

— Uważaj na resztę! — ostrzegł Drucki. — Najlepszym sposobem konserwacji pozostałego uzębienia jest unikanie spotkania ze mną. A teraz uważaj. Puszczę cię i zmiataj na cztery wiatry. Nie radzę ci zaglądać do domu, bo tam już na ciebie czeka pewno policja. Twoje mieszkanie i mieszkanie twojej wspólniczki jest obstawione. Wal na dworzec kolejowy i korzystaj z tego, że teraz cię rodzona matka nie pozna. Masz pieniądze?

— Mam... Ile pan chce?...

— Idźże do diabła ze swymi pieniędzmi. Nic nie chcę — nacisnął dzwonek i otworzył drzwi.

— A tu na ulicy nie ma szpiclów? — nieufnie zapytał Cierżawski.

— Myślę, że są, ale pewno pilnują frontu.

— Dlaczego pan mnie puszcza?

— Taka moja pańska fantazja.

Do drzwi zapukał chłopiec. Wszedł i rzuciwszy okiem na Cierżawskiego, nie mógł powstrzymać uśmiechu.