— Uważaj, smarkaczu — ofuknął Drucki — ten oto pan hrabia czuje się cokolwiek niedysponowany.
Usta chłopca rozciągnęły się od ucha do ucha.
— Jest niedysponowany, bo ma jakieś zmartwienia familijne. Odprowadzisz go do kuchennych drzwi i powiesz dozorcy, by go wypuścił przez bramę. Rozumiesz?
— Tak jest, panie dyrektorze.
— Marsz! Uszanowanie panu hrabiemu!
Cierżawski chwiejnym krokiem wyszedł za chłopcem, który po drodze wziął z krzesła jego kapelusz.
Drucki nałożył marynarkę.
Sala była już pusta. Służba sprzątała. Huk wentylatorów i brzęk naczyń, pośpieszanie zbieranych, głuszył rozmowy.
Znowu obszedł cały lokal, zrobił kasę z Justkiem, wydał dyspozycje i pojechał do hotelu.
Pierwsze promienie słońca zalewały ulicę jasnym przezroczystym, jakby świeżo wymytym światłem.