„W gruncie rzeczy wariat ze mnie — pomyślał Drucki, konstatując, że samochcąc wziął na siebie cudzą winę — wariat nieuleczalny!”

Dodał gazu i świeży wiatr uderzył w zmęczone oczy.

— Ale dobrze jest być wariatem! — zaśmiał się, a motor mu odpowiedział cichym pomrukiem aprobaty.

W powietrzu pachniało bzem.

Rozdział 13

Gdzieś w najdalszym korytarzu rozległ się pierwszy dzwonek, w sekundę po nim ostro zaterkotał drugi na dole, aż wreszcie i ten już przy ósmej klasie odezwał się radośnie. Nudna, zasuszona pani Krupowa w pół zdania przerwała swój wykład o produkcji ropy naftowej i zaczęła składać książki i notatki.

Nikt już zresztą na nią teraz nie zważał. Panienki powstawały z miejsc, szybko dopinając teczki. Klasa napełniła się gwarem pośpiesznie rzucanych przypomnień o pożyczaniu podręczników, o spotkaniu się wieczorem przed kinem, o wzorach na hafciki. W rzeczywistości żadna z nich nie myślała już o nafcie pani Krupowej ani o hafcikach, ani o książkach.

Teraz całe były pochłonięte świadomością swobody, tej największej chwili dnia, kiedy znajdą się same na ulicy. Na jedne z nich czekają w pobliskich bramach studenci czy kadeci, na inne więcej jeszcze, bo całe tłumy nieznajomych przechodniów, przystojnych mężczyzn, pod łakomymi spojrzeniami których będą się popisywały sprężystością swoich młodych ciał.

Wysypują się oto na chodnik w swoich granatowych mundurkach z marynarskim kołnierzem, roześmiane, rumiane, piskliwe, śmiałe. Ich oczy iskrzą się, ich krok staje się elastyczny, nerwowy, od którego na wpół rozwinięte piersi drgają pod luźnym materiałem bluzki.

Jakże chciwe są ich świeże, nieumalowane usta, jakież wielkie czują w sobie bogactwo te jędrne młode ciała, bogactwo, które by garściami rozrzucały między tych panów w jasnych ubraniach o szykownie zawiązanych krawatach. Głupcy! Czyż mogą domyślić się, że mijają oto skarby najfantastyczniejszych pragnień, oszałamiających marzeń, tajonych wstydów!...