Idą po dwie, po trzy, przykulone do siebie, ruchliwe, niezgrabne, rozszczebiotane, odważnie szukające oczyma wzroku mężczyzn, wzroku, który czują na swojej gładkiej skórze poprzez żakieciki.

— Jak myślisz, czy spotkamy dziś tego aktora?

— A ja ci mówię, że to jest inżynier. I w dodatku żonaty. Wczoraj widziałam go, jak kupował papierosy na Marszałkowskiej. Ma na palcu obrączkę.

— Nie krwaw serca Julki!

Julka wzruszyła ramionami.

— On ma rudy zarost i zawsze jest źle ogolony — powiedziała pogardliwie.

— Nie mów! To też ma swoje zalety. Jak tak drapie! To musi podniecać!

Julka w duchu przyznawała jej słuszność, lecz właśnie nadchodził obiekt ich rozmowy, więc zdążyła tylko powiedzieć:

— Idzie.

Wszystkie trzy zrobiły do niego oko i obejrzały się.