Nastąpiła nowa seria pytań. Drucki odpowiadał z równym spokojem. Nigdy nie miał do czynienia z narkotykami. Dochód przeciętny z „Argentyny” wynosi znacznie więcej, niż potrzeba mu na wydatki, książki kupował najczęściej po południu, do stolików się przysiadał, ale nigdy nikomu nic nie wręczał ani pieniędzy żadnych nie inkasował, do gabinetu mógł wpaść na chwilę nawet ktoś z gości...

Odpowiadał, lecz czuł, że zasieki ustawione przez tę piękną kobietę, która nienawidzi go z całej duszy, ani drgnęły.

Przesłuchiwanie świadków. Znowu jej drażniący metaliczny głos. Barman Grabowski, portier, starszy kelner Wrzosek. Zeznają, że Drucki był lubiany nie tylko przez personel, ale i przez gości. Czy kto mógł mieć do niego złość? Poczciwi powiadają, że broń Boże. A do jego paczek nikt nie zaglądał. Jak dyrektor Winkler mówi, że tam były książki czy papierosy, to pewno tak i było. A czy brał papierosy z baru? — Czasami brał. — Jak często? — Ano raz na tydzień, może dwa. — A może i trzy? — Może.

Koldinger wydobywa z nich, że dyrektor był zawsze wesoły, pogodny, dobry dla służby, sprawiedliwy, że nie był skąpy, że nikt z nich nie widział, by wręczał gościom jakie paczki lub by brał pieniądze.

Przesuwają się przed stołem sędziowskim świadkowie jeden za drugim. Mecenas Koldinger gryzie wargi i stuka nerwowo ołówkiem o pulpit. Drucki widzi swoją sytuację zupełnie jasno. Odwraca się. Spojrzenie jego spotykają oczy czarne, niebieskie, zielone, orzechowe... Oczy wszystkie pełne przestrachu... Oto odzywa się znowu metaliczny, dźwięczny jak stal głos i oczy zwracają się na Alicję Horn, oczy odmienione w ciągu mgnienia — palą się teraz nienawiścią.

Przed pulpitem dla świadków staje aspirant201 policji z urzędu śledczego, kierownik brygady tępiącej handel narkotykami. Wysoki, zgrabny, inteligentny mężczyzna.

— Czy pan może powiedzieć, co zawiera ta paczka? — pyta Alicja Horn.

— Morfinę. W takich paczkach szmuglują morfinę z Niemiec.

— Jakie są ceny morfiny?

— Musiałbym obejrzeć etykiety na słoikach — mówi aspirant.