Przewodniczący wstał.
— Sąd udaje się na naradę.
Salę napełnił gwar rozmów. Mecenas Koldinger pochylił się do swego klienta.
— Muszą uwzględnić mój wniosek.
Drucki wzruszył ramionami. Doskonale wiedział, że to mu nic nie pomoże.
— W każdym razie — mówił adwokat — będzie pan miał przynajmniej dobę czasu. Zanim odeślą morfinę, zanim zrobiona będzie analiza, zanim przyślą orzeczenie... Przypuszczam, że sprawa będzie odroczona nawet na trzy dni.
Drucki rozejrzał się po sali, z uśmiechem kłaniając się paniom, przestrach których był dlań zabawny. W gruncie rzeczy nic w tym nadzwyczajnego. Jutro o tej porze będzie już daleko. Czyż nie wygląda na takiego, co to sobie potrafi gwizdać na drobne niepowodzenia w tym rodzaju?...
Narada sędziów przeciągała się. Dziesięć minut, dwadzieścia, pół godziny.
— Cóż do licha!...
— Pewno jedzą śniadanie — ziewnął Drucki.