Drucki już nie zwracał uwagi na dalszy przebieg rozprawy.
Wpił się oczyma w jej opuszczone powieki i patrzał. Patrzał tak długo, aż powieki uniosły się z wolna i płomień jej oczu uderzył w jego źrenice.
Och! Trwało to sekundę, ułamek sekundy — lecz i to mgnienie wystarczyło, by zrozumiał.
Przewodniczący ogłaszał wyrok uniewinniający. Ostatnie jego słowa zagłuszył hałas okrzyków i oklasków. Początkowo chciał przywołać publiczność do porządku, lecz powiódłszy wzrokiem po rozpalonych twarzach kobiecych, uśmiechnął się i machnął ręką.
Alicja stała, a koło jej ust błąkał się uśmiech smutny, uśmiech człowieka, który złamał siebie i zaparł się siebie — i wie, że wszystko to utonie w pustce.
Nie patrzyła już na histeryczną scenę obsypywania go kwiatami. Czuła jego wzrok na sobie i szła zgięta, z opuszczoną głową, nieludzko zmęczona.
Na korytarzu przyłączył się do niej prezes Turczyński. Mówił coś o niedbalstwie sędziego śledczego, o wiecznych niedopatrzeniach, o niedopuszczalności dawania wiary anonimowym denuncjacjom...
Nie słyszała go.
Zaczął pocieszać. Sypał zachwytami nad jej talentem, rozpływał się podziwem dla jej metod.
„Poczciwiec” — pomyślała.