„Ach — pomyślała — można tak różnie interpretować wszystko: czy jestem samicą podczas rui czy Fryne217, z woli bogów składającą dar swej piękności oczom śmiertelnych, by wzbudzić w nich podświadome pragnienie nadbudowania swego życia życiem nowym?... Czy to zresztą nie jest to samo?...”
To zestawienie nasunęło jej inną myśl:
„Zabawne: ilekroć chcemy wyrazić coś, co nam, ludziom dwudziestego wieku, wydaje się brzydotą i brudem, zapożyczamy porównań ze świata antycznego, gdzie to samo było pięknem, lecz za żadne skarby nie odważymy się powiedzieć publicznie, że w gruncie rzeczy jesteśmy mali, zakłamani i śmieszni z tym bagażem moralności, zmajstrowanej nie z nakazów, lecz z zakazów, zakazów skierowanych przeciw temu, co jest naszą naturą...”
— Dzień dobry pani — zatrzymał ją prezes Turczyński — czy można wiedzieć, jakie myśli, jak te orły, ważą się pod sklepieniem pani czoła?
— Nie orły, panie prezesie — zaśmiała się — zwykłe wróble.
— Oooo!
— Zwykłe wiosenne, rozświergotane wróble.
— Nie wierzę — powiedział z tą żartobliwą powagą, a raczej z poważną żartobliwością, jaka zawsze dźwięczała w ich rozmowach.
— Czyż nie wyglądam wiosennie? — przechyliła zalotnie głowę.
— Niech pani raczej spyta, czy wiosna wygląda tak, jak pani. Wówczas powiem: prawie! I będzie to komplementem.