Nagle poczuła chęć kokieterii, nieprzepartą chęć oddziaływania na zmysły Modronia. Modronia, Martynowicza, Peszkowskiego, każdego mężczyzny, każdego bez wyjątku. Chciała teraz czuć się pożądaną, podziwianą, otoczoną spragnionymi spojrzeniami. Potrzebowała tego, jakby sprawdzianu uczuć Druckiego, a może — myślała — dlatego, by dla niego właśnie uczynić się cenniejszą.
— Jaka pani dziś cudna — dreptał przy niej Modroń, potykając się o okrągłe kamienie podwórza. — Jeszcze nigdy nie widziałem panią tak...
— Piękną? — zapytała, rozchylając usta.
— O, nie! — zadygotał — tego nie wolno nazywać tak banalnie! Cóż znaczy piękność wobec pani!... Gdybym umiał znaleźć słowa — wybuchnął — jakimi można panią opisać, stałbym się autorem najwspanialszych... erotyków, jakie zna poezja świata!
Przechodzili przez ciemnawą sień i Alicja zatrzymała się przed schodami.
— To znaczy — pochyliła się ku niemu — że działam panu na zmysły?...
Spod długich rzęs opłynęło go gorące jak lawa spojrzenie, rozchylone wargi zdawały się oddawać się pocałunkom.
Młody człowiek zachwiał się, zbladł i chwycił się poręczy. Niezdolny był wydobyć z siebie ani słowa i rozszerzonymi źrenicami patrzał za nią, gdy lekko wchodziła na schody.
Idąc długim korytarzem, nie ominęła żadnego mężczyzny, by nie wypróbować na nim swej siły. Chciwie łowiła ich spojrzenia i rozdzielała swoje hojnie, rozrzutnie. Wprost czuła fale swoich bioder, drganie swoich piersi pod dotykiem tych oczu, wprost odczuwała sprężystość swego ciała, ogarnianego pożądliwym wzrokiem mężczyzn.
Przez pootwierane okna płynęło powietrze wiosny, wiosny, którą miała w sobie.