— Jesteś straszna, Al — powiedział smutnym głosem.

Zaśmiała się.

— O, Boh! Ciebie jednak kocham, kocham do szaleństwa i jeżeli... Mówiłam, że za żadną cenę nie popełnię małżeństwa. To nieprawda. Jeżelibyś bardzo tego chciał, jeżeli byłaby to cena twojej miłości, wówczas, nawet z pogardą dla własnej słabości, musiałabym się pogodzić, Boh!

— Dobrze. Nie mówmy już o tym, Al.

I rzeczywiście, nie powracali już do tematu małżeństwa. Zresztą, dobrze się czuł w każdej sytuacji, którą raz uznał za konieczną.

Tryb ich życia ułożył się w ramach godzin wolnych od pracy Alicji w sądzie i Druckiego w „Argentynie”. Obiad zwykle jedli razem z Julką. Wieczór spędzali w mieszkaniu jego, po czym rozstawali się do jutrzejszego popołudnia. Czasami chodzili do kina lub teatru, zabierając ze sobą Julkę.

Alicja nie opowiadała mu o swoich zajęciach związanych ze stanowiskiem służbowym, tak jak i nie wypytywała Druckiego o jego interesy. Ufała mu bezwzględnie, zaś ciekawość nie leżała w jej naturze. W ten sposób żyli tylko tym, co stanowiło ich życie wspólne, i obojgu było z tym najlepiej.

Drucki nie zdradzał Alicji. Nie dlatego, że przestały mu się podobać inne kobiety, lecz z tej przyczyny, że w Alicji znalazł kochankę, która wręcz pochłaniała całą jego wyobraźnię i wszystkie jego pragnienia. Była wciąż ta sama, a przecież wciąż inna i tak, jak codziennie odkrywał nowe powaby jej ciała, nieustannie odnajdywał niespodziewane właściwości tej tak jednolitej, a jednocześnie skomplikowanej natury. Zdawało mu się, że z każdym dniem bardziej jest pożądany i sam bardziej pożąda.

Potwierdzeniem tego były szalone godziny ich pieszczot, krwistych, burzliwych, półprzytomnych, gdy w płomieniach orgazmu stapiały się dwa ciała, jak dwa metale w jeden stop, gdy zastygały potężnym splotem brązu i marmuru...

Drucki nie zdradzał Alicji.