— Jak się masz, Fakir — odezwał się wreszcie gospodarz i jego wąskie usta wygięły się w nikłym uśmiechu — cieszę się, że cię znowu widzę.

Przybyły wyciągnął rękę i mocno potrząsnął wąską dłonią profesora.

— Źle się mam — odparł głosem niskim — dlatego masz przykrość mnie oglądać, kochany Karolu.

Spojrzał prosto w grube szkła profesora, zza których obserwowały go bacznie małe czarne oczy, i dodał:

— Pozwolisz usiąść?

— Ależ proszę cię, drogi Fakirze, wybacz moje roztargnienie.

Przysunął gościowi fotel i wówczas zaleciała od niego mdła woń chloroformu2.

— Oderwałem cię od pracy — zauważył Fakir, siadając.

— O, bynajmniej.

— Myślałem. Pachniesz chloroformem. Chętnie zapaliłbym papierosa.