— Z rana miała trzydzieści siedem i pięć. Chciała nawet wstać i iść do szkoły.

— Broń Boże!

— Toteż nie pozwoliłam. Obawiam się o jej nerki. Już po szkarlatynie45 przed trzema laty omal nie zapadła na nie. A teraz jeżeli to grypa, to też często rzuca się na miedniczki46.

— A spała dobrze?

— Gdzież tam. Znasz ją przecie. Do trzeciej w nocy kuła fizykę.

— Nie powinnaś ma to pozwalać. Dziewczęta w jej wieku łatwo zapadają na blednicę47.

— Mówiłam jej, ale ona ma swój stały argument: matura. Jak zrobi maturę, powiada, będzie miała czas na wylegiwanie się i wysypianie.

Przy Topolowej48 wysiedli. Czuchnowski próbował powrócić do przerwanej rozmowy, lecz Alicja z miejsca przerwała.

— Nie nudź. Wiem, co mi jeszcze mógłbyś powiedzieć, i wcalem tego nie ciekawa.

Ulica Topolowa wychodziła na lotnisko, iskrzące się różowym w zachodzącym słońcu śniegiem.