Istotnie nie służył. W ciągu dnia wypijała oczyma każdy jego ruch, wchłaniała w siebie niezrównany dźwięk jego głosu, spojrzeniami, jak ustami, przypadała do jego rąk.

A noce były długie, bolesne, beznadziejnie samotne.

Tak mijały dni, tak mijały tygodnie.

Żaden bunt nie rodził się w jej sercu, żadne nadzieje nie oplątywały jej myśli. Widziała, że poniosła klęskę i odpowiedziała rezygnacją. Cóż znaczyła jej mała, głupia miłość wobec miłości wzniosłej, bogatej, wspaniałej, jaką mu ofiarowywała Alicja?... Nic... I do Alicji nie miała żalu. Przeciwnie, tym bardziej ją uwielbiała, tym bardziej czciła jej miłość...

Wiedziała, że była to miłość święta, o, jakże inna od tych romansów, o których czyta w książkach, od tych chociażby, które mogła z łatwością zaobserwować w samym pensjonacie. Wstrętne! Młodszy Therling obcałowywał pokojówkę, a tenor operowy — o czym prawie głośno mówiono — spędzał noce w pokoju pani Czerwieńskiej... Brr... Ta panna spod Kalisza oczywiście udawała na plaży, że dostała porażenia słonecznego, tylko po to, by ją pan Janek musiał odnieść do domu. Bezczelna! Julka przecież dobrze widziała, jak bezwstydna kokietka tuliła się do jego nagiej piersi...

Tymczasem jednego dnia zdarzył się i znacznie poważniejszy wypadek, któremu było sądzone tak wielką rolę odegrać w życiu ich trojga.

Mianowicie dość silny wiatr odlądowy porwał gumowego żółwia. Gdy Julka to spostrzegła, było już za późno i na swej dętce nie mogła go dogonić, a że Janek przed chwilą właśnie wrócił ze swej codziennej podróży „transbałtyckiej” — jak nazywały jego rajdy pływackie — Alicja skoczyła do wody, by dopędzić żółwia.

Przyglądali się jej z brzegu. Widzieli, jak dopłynęła i mocnym pchnięciem ręki zawróciła żółwia z powrotem.

Nagle dobiegł ich jej krzyk i zniknęła pod wodą.

Julka usłyszała obok siebie głośny plusk wody i zanim zorientowała się, co się stało, ujrzała pana Janka płynącego z szaloną, z wprost nieprawdopodobną szybkością.