Teraz dopiero zrozumiała, że Alicja tonie.
Istotnie, wychyliła się jeszcze raz z wody i znowu znikła.
— Mój Boże! Mój Boże! — powtarzała Julka.
Obok niej zebrał się tłum ciekawych. Jeszcze trzej czy czterej mężczyźni rzucili się do wody. Motorówka, przepływająca o dobre dziesięć minut drogi do miejsca wypadku, zmieniła kierunek i waliła pełnym gazem ku czerwonej plamie żółwia, kołyszącej się na fali.
Lecz oto pan Janek dopłynął. Jego nogi opisały łuk w powietrzu i znikł.
Długie sekundy oczekiwania... Niewypowiedzianie długie... I oto na powierzchni ukazuje się on, a obok szafirowa czapeczka Alicji.
Julka słyszy za sobą urywane, podniecone głosy:
— Uratowana!
— To jeszcze nie wiadomo.
— On nie może płynąć prędko.