— Nic jej nie będzie...

— Życzę panu, żeby pan bez ciężaru umiał pływać z taką szybkością!

— Gdybym ratował swoją kochankę, może bym i ja potrafił.

— Lekarza!

— Gdzie doktor Łoziński? Był tu!

— Nie widziała pani? Popłynął ratować!

— Tak, tak! O! Patrzcie, podchwytuje ją z drugiej strony.

— We dwójkę idzie im lepiej.

I rzeczywiście, oto już dopływają, pan Janek z doktorem Łozińskim wynoszą ją na piasek. Tłum rozstępuje się, by otoczyć ich zwartym kołem. Julka pozostaje poza nim. Widziała jej zwisające ręce i twarz, strasznie bladą... Boże!

Gwar zmieszanych głosów. Wszyscy coś radzą, każdy zna niezawodny sposób. Julka staje na palce. W środku kręgu doktor i pan Janek, pochyleni... Sztuczne oddychanie... Masaż... tak... tak... gwar się wzmaga. Nagle doktor, poirytowany, wyprostowuje się i zdyszany woła: