Są tacy sami jak wszyscy inni... Nie, to tylko Alicja oszukiwała! On, cóż on mógł zrobić? Alicja... jest podła! Tak, podła!
Stała oparta o drzwi, lecz że nogi jej trzęsły się nieznośnie, osunęła się na podłogę. Będzie tak czekać, póki nie usłyszy, że ta fałszywa kobieta wraca, wraca z bezwstydnej nocy!... Podła! Zagarnęła go sobie! O! Julka była dotychczas bardzo naiwna! Teraz to skończyło się już raz na zawsze!
„Święta miłość... cha... cha... cha... święta miłość, wobec której pochylałam głowę... wobec której wyrzekłam się nawet marzeń o nim...”
O, czemu ją wczoraj wyratowali! Niechby utonęła!
Nagle przeraziła się własnej myśli.
„Nie, nie, jestem nędzna!... Jak mogłam, o jakaż ja jestem zła, jaka niewdzięczna!”
Ostatecznie... Alicja miała przecież wszelkie prawo. Przecież nie było jej obowiązkiem wyrzekać się pana Janka... Skoro kochają się...
„Ładna miłość! — jej usta wykrzywiły się ironią. — Taka, jak tego tenora do pani Czerwińskiej!”
Mijały godziny, a Julka, drżąca, skulona, siedziała pod drzwiami.
Znajdowała tysiące usprawiedliwień i tysiące oskarżeń, wybuchała nienawiścią, rozpalała się przysięgami zemsty i znowu wydzierała z siebie potępienie dla swej małości i zła.