— Gdyby to, moja mała! Wyskakuje się najmniej na dziesięć stóp ponad powierzchnię, niczym wystrzelony z armaty. Otóż dno w tej paskudnej zatoce jest diabelnie muliste, początkowo jest kawał drogi przez prawdziwą zupę, a później już się nic nie widzi, póki człowiek brzuchem nie spadnie na powierzchnię. Najgorsze jest to, że wskutek różnicy ciśnienia nieco traci się przytomność, jeżeli w ogóle nie wyskakuje się prosto do nieba. Wyskoczyliśmy wszyscy, ale nie wszystkim udało się...

— Zawracamy — ostro przerwała Alicja. — Niech mi pan powie, która godzina?

— Co? — jakby oprzytomniał Drucki. — Aha, dwadzieścia po dziesiątej.

— No, to już czas zawrócić. Czy pan sądzi, że po wczorajszym nie zaszkodzi mi pływanie?

Drucki wyraził przekonanie, że nie, i zapowiedział, że będzie towarzyszył Alicji. Julka zauważyła, że uczuł się dotknięty narzuconą zmianą tematu i że Alicja zrobiła to demonstracyjnie, bo przecież sama ma na ręku zegarek.

Dlatego, gdy wrócili do „Godivy”, Julka przebrała się w rekordowym tempie, dzięki czemu znowu zyskała kilka minut sam na sam z panem Jankiem.

— Jestem szczęśliwa — powiedziała — że dziś jest duża fala.

— I ja to lubię.

— O, ja myślę o popołudniu... Pojedziemy autem, prawda, panie Janku?

— Pojedziemy. Pojedziemy dziś aż nad granicę Tucholskiej Puszczy270. Podobno jest tam bardzo ładnie.