Jechali kilka minut w milczeniu.
— Oto jest — zawołał Drucki. — Mam jednak niezłą pamięć.
Zawrócił. Jechali teraz wąską, krętą drogą, na której koła samochodu raz po raz podskakiwały, trafiając na korzenie.
— Trzęsie, co? — zapytał.
— Troszeczkę — odpowiedziała Julka, podskakując jak piłka.
— Jesteśmy bodaj u mety — zatrzymał wóz, wyskoczył i pomógł wysiąść Julce. — Pachnie tu żywicą. No, chodźmy.
Szedł przodem ledwie widoczną ścieżką, wydeptaną przez zwierzęta w gąszczu jałowców. Teren wciąż się wznosił, a jałowce rzedły. Natomiast ziemię pokrywał coraz grubszy, miękki i elastyczny mech. Wysokopienne sosny, rozchwiane aż do połowy wysokości, tworzyły nad nimi ruchomy dach.
— Trafiliśmy dobrze — odwrócił się do Julki — oto nasza polanka.
— Nasza? — zapytała.
— No, ta, której szukamy.