Gdy ręka drgnęła i chciał ją cofnąć, położyła na niej swoje dłonie, a w tym dotknięciu było tyle prośby, że musiał jej ulec.
Przez cienki fular272 sukienki czuł ciepło jej ciała, po wierzchu dłoni wolniutko przesuwały się smugi dotyków palców Julki, przedziwnie delikatnych, zdawałoby się, mówiących każdym nieznacznym ruchem o swojej radości, o głębokiej kontemplacji małego ułamka szczęścia.
Auto wypadło z zarośli na wolną przestrzeń falistych wrzosowisk.
Tu droga za czerwonym domkiem skręcała wolno i nagle wspinała się pod górę stromą serpentyną. Należało przełożyć na pierwszy bieg i Drucki, uśmiechnąwszy się serdecznie do Julki, zabrał rękę.
Siedziała cicho, nieruchoma. Auto wzięło zakręt i sunęło znowu płaszczyzną, tu i ówdzie porośniętą kępkami sosen i jodeł, forpocztami273 czarnego lasu.
— Oto i puszcza — głośno powiedział Drucki.
Zwolnił pęd auta, gdy wjechali w ciemnosiny korytarz, zamknął tłumik.
— Kolos! Około trzech tysięcy kilometrów kwadratowych lasu... Kiedyś, bardzo dawno, polowałem tu na dziki. Piękny las?
— Piękny i tak huczny jak morze — powiedziała Julka — w nocy musi tu być strasznie.
— Jeśli nic się tu nie zmieniło, znajdziemy pewną śliczną polankę... Wygląda jak studnia o wypukłym dnie. Wkrótce w lewo powinna iść wąska droga leśna.