— Pyta pan raczej, dokąd on sam się kieruje?... Do handlowej.
— Bardzo mądrze — zadzierżyście zawołał Bawarczyk. — Co, u licha, widzi pan złego w tym, że chłopak ma własny łeb na karku i wie, czego chce? Obaj jesteśmy ojcami i możemy tak sobie poufnie powiedzieć, że w gruncie rzeczy zmuszanie dzieci do wybrania takiego, a nie innego zawodu to nonsens. To tak, jak chcieć kurę gwałtem uczyć pływać, a kaczkę gdakać. Obie same wiedzą najlepiej, co potrafią. Czyż nieprawda?
Ponieważ Brunicki nie odpowiedział, Bawarczyk pokiwał głową.
— Tak, panie. Nam zawsze się zdaje, że jesteśmy grubo mądrzejsi od młodzieży. Powiem panu, że sam lubię mówić o tej przewadze wieku dojrzałego głośno, nawet bardzo głośno, ale między nami... che... che... dajmy temu spokój. Jeżeli pański syn wybrał marynarkę, ma pewno swoją rację?
— Przypuszczam.
— A dlaczego kształci go pan w Szwecji? Przecie macie w Polsce szkoły morskie?
— Tak, ale były względy natury rodzinnej — niechętnie bąknął Brunicki.
W tej chwili rozsunęły się drzwi przedziału.
— No — odezwał się głos Piotra — może tata być spokojny. Pogoda wprawdzie mglista, ale morze ledwie się porusza.
— Byłeś na pokładzie?