— Ma rację. Chirurgia już wiele potrafi.

— A pański syn — wskazał Bawarczyk na puste miejsce — też studiuje medycynę?

— Niestety, nie. Jest słuchaczem Akademii Morskiej.

— Dzielny chłopak — z uznaniem skinął głową Bawarczyk. — Będzie z niego pierwszorzędny marynarz. Wzrost, postawa... Dzielny chłopak. Winszuję panu syna.

— O, dziękuję — przygryzając wargi, odpowiedział cicho Brunicki.

Bawarczyk spojrzał nań spod krzaczastych brwi, a biorąc jego rezerwę278 za żal do syna, że nie chciał zostać lekarzem, powiedział:

— Daruje pan, ale jestem od pana znacznie starszy. Czego pan, u licha, chce od tego chłopca? W nim aż kipi życie, śmieje się do niego cały świat, a pan chciałbyś go zamarynować w karbolu279, oleju rycynowym i w innych waszych paskudztwach! Lubię to i owo wygadywać na swoich smarkaczach, to prawda. Ale panu przyznam się, że jestem z nich dumny, chociaż nic wymyślić nie umieją na morską chorobę. Ale z ręką na sercu muszę panu powiedzieć, że Bogu dziękowałbym, gdybym miał trzeciego takiego jak pański. Nic nie przesadzam. Od Sztokholmu na niego patrzę. Chłopak jak młody dąb. I jaki swobodny, jaki wesoły, widać, że go aż rozsadza, a przy tym spokojny, niekrzykliwy, czego nie lubię, słowem, będzie z niego mężczyzna całą gębą. I chyba sportsmen zawołany?

— Owszem, ma tam nawet jakieś rekordy.

— No, patrzcie! I cóż, kieruje go pan do marynarki wojennej czy handlowej?

Brunicki uśmiechnął się ze smutkiem.