Dlatego w stosunku ojca do siebie nie widział nic dziwnego. Zajęty nauką i sportami, nie próbował dociec powodów, dla których wysłany został do szkoły za granicę. Nie uważał tego bynajmniej za wygnanie, tym bardziej że gdy teraz właśnie, po raz pierwszy, powiedział ojcu, że chciałby poznać Polskę, którą opuścił jako małe dziecko, ojciec natychmiast się zgodził.
Raczej podobał mu się u ojca ten brak czułostkowości, którego wcale nie należało uważać za chłód.
Teraz wrócił do przedziału, by dokończyć rozmowy ze starym Bawarczykiem.
„Axel” przybijał do portu, sunąc między niekończącymi się szeregami zakotwiczonych statków. Jeszcze kwadrans i z jego wnętrza wynurzył się pociąg.
— Kopenhaga!
Na zabłoconym peronie dworca Bawarczyk żegnał się z towarzyszem podróży. Profesorowi uścisnął dłoń, a Piotrowi podał swój bilet wizytowy.
— Jeżeli będziesz pan kiedyś, młodzieńcze, w Monachium, nie zapomnij wpaść do mnie.
W tejże chwili jakiś niski, krępy pan w kraciastym ubraniu krzyknął:
— Hallo, przyjacielu! Nie zapomnij pan: jutro, piąta rano!
— Pamiętam — odpowiedział wesoło Piotr i zwracając się do ojca, dodał: — to mój Duńczyk z wyspy Anholt.