„Ma takie samo szczęście do ludzi, jak tamten” — pomyślał profesor.

Ich pobyt w Kopenhadze przeciągnął się do tygodnia, a jeszcze w Berlinie Brunicki musiał zatrzymać się przez dwa dni.

— Chyba nigdy nie dojedziemy do Warszawy — żartował Piotr, gdy wsiadali do pociągu na Friedrichs-bahnhof281 — na wszelki wypadek przejrzę rozkład jazdy, dla upewnienia się, czy po drodze nie ma miast uniwersyteckich.

— Żałuję, że nie ma Zurichu282 — odpowiedział profesor — miałbym do pomówienia z Ottonem Pernissonem.

— Też psychiatra?

— Nie, Piotrze, to jest student, biolog, niewiele starszy od ciebie, wschodząca gwiazda nauki. Twórca nowych prądów.

— Ojcze, jestem skruszony. W tym porównaniu mego wieku z wiekiem owego Pernissona usłyszałem wyrzut, że nie jestem twórcą nowych prądów w nauce!

— Nie wyrzut, ale może była w tym odrobina zazdrości — uśmiechnął się Brunicki.

— Poczekaj, ojcze, kilka lat, a może i ja ci dam powód do dumy.

Brunickiemu ścisnęło się serce.