Piotr zerwał się.

— To prawda, ojcze. Wyjmę poduszkę i pled. Niech się ojciec położy i spróbuje zasnąć. Dobrze?

Każdy taki objaw uwagi ze strony Piotra wzruszał Brunickiego niesłychanie. Zdawał sobie sprawę, że swym chłodem w obejściu z nim, chłodem niedopuszczającym żadnych czułości, musiał raczej zrażać go do siebie. Tym żywiej przyjmował wszystkie te jego proste, niewymuszone, a tak wyraźnie serdeczne uprzejmości. Napawał się przy tym tonem, sposobem, rodzajem tej pieczołowitości, w której była nutka jakby opieki silniejszego nad słabszym, tyle prostoty i swobody.

Profesor w takich razach nie umiał zdobyć się na opozycję. Poddawał się woli Piotra z wewnętrzną radością, której sam sobie nie pozwalał stwierdzić i nazwać, lecz która tym niemniej nie dawała się zagłuszyć żadnymi refleksjami.

Piotr, gwiżdżąc pod nosem, otworzył walizkę ojca, wyjął pled, jasiek, ranne pantofle.

— Niech ojciec zdejmie kołnierzyk, będzie wygodniej — powiedział — a za jednym zamachem schowam do walizy, żeby się nie kurzył.

Profesor położył się i gdy Piotr owinął mu nogi pledem i zatrzymał się bez ruchu, zapytał, nie otwierając oczu, zapytał głosem cichym, który wyrwał mu się wbrew jego woli, powtarzając myśli:

— Czy ty mnie kochasz, Piotrze?

— Kocham cię, ojcze — odpowiedział równie cicho Piotr.

I gdyby profesor zdobył się na odwagę podniesienia powiek, zobaczyłby nad sobą lekko pochyloną twarz z dobrym, ciepłym uśmiechem złocących się oczu.