Doktor Kunoki zdawał sprawozdanie z trzytygodniowego okresu swojej pracy. Często zatrzymywali się przy tym lub owym i zamieniali kilka urywanych zdań, kilkakrotnie wywiązywał się między nimi spór o takie czy inne zakwalifikowanie objawu.
Było już dobrze po północy, gdy Japończyk otworzył ciężką kasę ogniotrwałą, schował gruby plik zielonych teczek i zabierał się do odejścia.
— Chwileczkę, kolego — zatrzymał go profesor — chciałbym poznać pański pogląd na pewną koncepcję, która przyszła mi do głowy.
— Służę profesorowi.
Brunicki oparł głowę na ręku i zaczął mówić. Kunoki słuchał z uwagą. Profesor rozwijał swój pogląd na możliwość odnalezienia w psychice danego osobnika podświadomie przechowanego obrazu życia jego przodków, a przynajmniej rodziców i zakończył podkreśleniem wagi, jaką miałoby empiryczne stwierdzenie tej hipotezy już nie tylko dla nauki, lecz i dla życia praktycznego — uznawania ojcostwa!
Poza krótkim błyskiem oczu twarz Japończyka nie zdradziła najmniejszego wrażenia. Przyznał, że hipoteza może mieć ogromną wartość, że oczywiście należy poddać ją systematycznym badaniom eksperymentalnym, że też w rozstrzygnięciu problemu tak zwanego „zapatrzenia” powinna ona oddać ogromne usługi.
— Właśnie — zerwał się profesor — tu męczą mnie wątpliwości. Zresztą... pomówimy jeszcze o tym.
Zamienili jeszcze kilka zdań i życząc doktorowi dobrej nocy, Brunicki zapytał:
— Jakże się panu podobał mój syn?
— Bardzo — odpowiedział lakonicznie Kunoki.