Nazajutrz Piotr w towarzystwie ojca zwiedzał miasto, Łazienki, kościoły, muzea, Zamek.
Właśnie wychodzili z Zamku, gdy tuż przy samochodzie ujrzeli kobietę, jakby na nich czekającą. Mogła mieć około pięćdziesiątki. Nos jej był czerwony, spod starego, słomkowego kapelusza, przekrzywionego na bakier, wymykały się kosmyki brudnosiwych włosów, cały wygląd świadczył o ubóstwie, zaniedbaniu i alkoholizmie.
Na widok profesora jej usta rozsunęły się w szyderczym uśmiechu i lekko zataczając się, zrobiła ku niemu kilka kroków.
— Wsiadaj do auta — rozkazał Piotrowi Brunicki, sam zaś podszedł do baby i zapytał z groźną miną:
— Czego Bufałowa czatuje na mnie? Tyle razy mówiłem...
— Cicho, doktorku, cicho — przerwała skrzeczącym głosem — czego się zaraz gniewać. Pogodzimy się.
— Bufałowa znowu jest pijana!
— Ze zmartwienia, ojczulku. Zarobków nijakich nie mam. Doktorek o mnie zapomniał...
— Mówiłem już wam — ostrożnie rozejrzał się wokół Brunicki — że więcej niczego nie potrzebuję.
Śmiało wyciągnęła rękę w dziurawej rękawiczce i chwyciła go za łokieć.