— Jakby to i jakby nie.

— Proszę za mną — rzuciła Alicja.

Miała jeszcze prawie godzinę czasu i postanowiła dowiedzieć się, o co tej podejrzanej osobie chodzi.

— Proszę — wskazała jej krzesło przed biurkiem.

— Bo to ja wiem coś, co pani prokuratorowej może się przydać — zaczęła babina, wpychając pod zrudziały kapelusz kosmyk siwiejących włosów.

— Zaraz — przerwała Alicja — przede wszystkim, jak się pani nazywa?

Kobieta zerwała się na równe nogi.

— A to po co pani prokuratowej, ja tam sama do niczego rąk maczać nie chcę. Już dość w życiu nacierpiałam się przez te sądy i policję. Ja z uczciwości przyszłam, nie żeby co...

— Proszę się nie niepokoić — zatrzymała ją Alicja. — Jednak rozumie pani, że muszę wiedzieć, z kim mam do czynienia? Pani chce mi coś ważnego zeznać i chce, bym uwierzyła, a przecie nie mogę wierzyć komuś, kto nawet nazwiska swego się wstydzi.

— Boże drogi, toż nie wstydzę się, tylko ja tu nie mam nic do rzeczy. Ot, przysłuchiwałam się rozprawie i temu, co wielmożna pani prokuratowa mówiła i myślę sobie: „O, taka, to znaczy się, wielmożna pani, to i najważniejszym nie przepuści, tylko do kryminału zamknie”. Dlatego ośmieliłam się, a nie to, broń Boże, żeby samej w to włazić.