Bufałowa otworzyła ogromną, zniszczoną torebkę, wydobyła z niej zatłuszczony karteluszek i powiedziała:
— Niech już będzie. Muszę wierzyć pani prokuratowej, bo komu miałabym wierzyć?... Otóż między nami taka jest umowa, że jak mam u siebie taką, co przyszła się psuć, i chce, żeby po cichu, żeby nikt nie dowiedział się, a nikogo, kto by się o nią upominał, w Warszawie nie ma, to ja piszę do „Kurierka” ofertę na jego ogłoszenie, niby, ot taką.
Podała kartkę Alicji.
Niewprawnym pismem zbazgrany karteluszek zawierał następującą treść:
„Oferta pod kwit nr 2718-F. Mam do sprzedania szafę dębową. Proszę telefonować dziś (albo podać datę) 118–64”.
— Pani ma telefon?
— Gdzie tam, to numer domu i mieszkania. Ja mieszkam na Pańskiej pod sto osiemnastym. Tylko taka umowa z nim, żeby wiedział, do kogo ma zajechać. Bo on nie tylko ode mnie, widać, bierze. Więc rzucam taką ofertę do „Kurierka”, a przed zamknięciem bramy on przyjeżdża i jeżeli mu się dziewczyna spodoba, to zabiera, ale jest wybredny. Nie każdą chce.
— Czy on tę kartkę pisał? — zapytała Alicja.
— Nie, on tylko podyktował.
— Zatem doskonale — spojrzała na zegarek Alicja — pomyślę o tym wszystkim i zajmę się tą sprawą. Niech pani przyjdzie do mnie jutro o dziesiątej rano.