Druckiego zastała, jak często ostatnimi czasy, znudzonego i zamyślonego. Ożywiał się tylko w chwilach podniecenia, poza tym był milczący i zniechęcony. Alicja nie wątpiła, że wszystkiemu winna jest Julka.

Nawet jego pieszczoty stały się jakieś inne, bardziej gwałtowne, niespodziewane, a czasem aż do bólu brutalne. Próbowała wypytywać go o jego interesy, lecz zbywał ją niechętnymi półsłówkami. Coraz rzadziej zgadzał się zabierać ją do „Argentyny”, wymawiając się ogólnikowo i nawet nie zadając sobie trudu wynalezienia prawdopodobnych usprawiedliwień.

„Wszystko się zmieni — powtarzała sobie Alicja — wszystko się poprawi, gdy tylko nie będzie między mną a nim Julki”.

Tego wieczora wcześniej niż zwykle pożegnał Alicję.

— Mam ważną sprawę — mruknął, a spojrzawszy na zegarek, zerwał się i zaklął: — Psiakrew, jeszcze się spóźnię...

Nakładając kapelusz, widziała w lustrze, że wyjął z szuflady rewolwer i wsunął do tylnej kieszeni.

Wyszli razem. Przed bramą stał jego Fould, z którego teraz wyskoczył chłopiec garażowy i zameldował:

— Bak pełny, proszę pana, i motor w zupełnym porządku. Resory pan Jurkowski podciągnął na fest327.

— Dziękuję ci — uśmiechnął się doń Drucki — jutro koło ósmej wieczór przyjdź tu po wóz.

— Daleko jedziesz? — zapytała Alicja.