— Taka ładna panna, a płacze, che, che, jak dzieciak... Co?
Zrobił ku niej kilka kroków, lecz ona odskoczyła w kąt pokoju i krzyknęła:
— Proszę się do mnie nie zbliżać!
— Bo co? Że niby taka świętoszka?... — powiedział szyderczo i bez ceremonii wyciągnął rękę, by wziąć ją pod brodę.
— Precz, precz — odepchnęła go z całych sił.
— O rany, jaka harda — zachichotał — ja tam nie amator na takie, może się panna nie bać... Tak z dobrego serca chciałem pożałować...
Usiadł na kanapce i wyciągając z niej pakuły, zaczął mówić:
— Nawet mi panienki szkoda, młodziutkie to jeszcze, a przypadunek każdej może się zdarzyć, miłość nie pyta, kto by tam przy kochaniu zważał na te rzeczy... A panienka to ma taką zgrabną figurkę, że, jak pragnę zbawienia, nic nie znać, a ten drań to najbardziej na takie łasy, żeby w pierwszym, w drugim, a nie później niż w piątym... Świnia jest, a niby wielki pan i z wykształceniem... Tak... A panienka to na mnie jak na wilka, a mnie panienki szkoda, gdyby nie szwagierka, to ja puściłbym panienkę i już... Współczucie takie mam...
Julka nareszcie zrozumiała, że ten człowiek wcale nie jest taki zły, na jakiego wygląda, i że teraz, kiedy tej strasznej kobiety nie ma, on ją może uratować...
— Panie, panie — zawołała szeptem — niech pan mnie wypuści, niech pan mnie ratuje...