A zaczęło się tak:

Około północy Bohdan podniósł się z tapczanu i oświadczył, że pomimo zmęczenia musi zajrzeć do „Argentyny”.

— Musiałabym się przebrać — zaczęła Alicja — a zresztą nie mam zbytniej ochoty. Wiesz, czy nie przyjechałbyś z „Argentyny” do mnie?

— Co za pomysł? — wzruszył ramionami. — Po pierwsze jestem piekielnie zmachany, a po drugie... w ogóle. Co by u ciebie w domu pomyśleli?

— Nic by nie pomyśleli — swobodnie odpowiedziała Alicja — gdyż nie ma komu myśleć. Jestem sama.

— Jak to? — odwrócił się do niej od lustra, przed którym zawiązywał krawat.

— Sama — powtórzyła — Józefowa jest na urlopie, a Julka wyjechała na posadę.

Alicja wiedziała, że na Bohdanie ta nowina zrobi wrażenie, lecz nie przypuszczała, by mogło być aż tak wielkie, jak też nie oczekiwała, że nawet nie będzie próbował go ukryć.

Opuścił na ziemię trzymany w ręku krawat i podszedł do niej z takim wyrazem twarzy, że gdyby nie jej zimna krew, cofnęłaby się za stół.

— Jak to wyjechała na posadę? Na jaką posadę? — zapytał głucho i bardzo cicho.