I oboje wiedzieli w tej chwili, że nie jest to zakończenie wszystkich rachunków, że jeszcze ich drogi muszą się skrzyżować.

Drucki o tyle umiał być szczery z samym sobą, że nie starał się wmówić w siebie obojętności dla tego nieuniknionego skrzyżowania. Oczekiwał zemsty, obawiał się jej, lecz przecież nie bał. W każdym razie należało być czujnym i z tego względu, że po wyprawie białowieskiej trzeba było liczyć się pogróżkami ludzi umiejących dawać sobie radę z przeciwnikami.

Nosił teraz stałe broń i zwracał pilną uwagę na wszystko, co działo się wokół niego, czy to w domu, czy w „Argentynie”, czy na ulicy. Dzięki temu w ciągu kilku dni dostrzegł Alicję w bramie naprzeciwko, raz przed wylotem alei Szucha i raz w taksówce, stojącej przed „Argentyną”. Pewnego popołudnia dowiedział się od Zośki, że jacyś dwaj podejrzanie wyglądający ludzie wypytali jej ojca o Druckiego. Dozorca umyślnie poinformował ich fałszywie, bo — jak mówiła Zośka — takie to, wiadomo, bandyty. I Drucki o tym nie wątpił, tym bardziej, że następnego dnia podpalono składy towarowe Załkinda przy bocznicy kolejowej.

Właśnie miał jechać na Nowolipie, by rzecz omówić, gdy zadzwonił Brunicki.

Wrócił z Zakopanego, dokąd jeździł odwiedzić syna, bardzo chciałby zobaczyć się z Druckim i jeżeli ten nie ma nic lepszego do roboty, niech się pozwoli zaprosić na obiad.

Drucki nie tylko nic nie miał do roboty, lecz ucieszył się bardzo. Teraz już nie ulegało wątpliwości, że ich przyjaźń po tylu latach była na najlepszej drodze do zupełnego odnowienia się.

Drucki wielu miał na świecie przyjaciół. Mówiono o nim nawet, że ma diabelne szczęście do ludzi, jednak żadna z tych przyjaźni nie tkwiła w nim tak mocno, jak przywiązanie do Karola Brunickiego, datując się przecie z lat, gdy obaj jeszcze piechotą pod stołem chodzili.

Na Załkinda czekał rozmawiając z Lubą. Wróciła z Konstancina, opalona niczym Cyganka i wynudzona niesłychanie. Toteż zajęła natychmiast pozycję ofensywną, wyzyskując każdy pretekst, by przytulić się doń lub o niego otrzeć z tą szelmowską, kocią zmysłowością. O historii kontraktu była dokładnie poinformowana, nie wiedziała jednak wcale o niebezpieczeństwie, grożącym Borysowi i kapitanowi. Toteż gdy wrócił Załkind, bardzo była zaintrygowana, dlaczego zamknęli się, prosząc ją, by zostawiła im kwadrans wolności.

Narada nie trwała dłużej. Wobec tego, że niepodobna było wmieszać w aferę policję, która nie zadowoliłaby się przecie powierzchownymi informacjami, lecz zechciałaby wścibić nos w całą sprawę, musieli sami znaleźć środki obrony. Drucki, jako samotny i nie posiadający żadnego obiektu, jaki mógłby stać się przedmiotem ataku ze strony Fajersonów, zapewnił Załkinda, że żadnej osłony nie potrzebuje. Jemu natomiast radził przede wszystkim zabronić Lubie i dziecku wychodzić z domu, w przedpokoju zainstalować paru tęgich drabów, no i zorganizować wywiad, który by napastników wyśledził i wziął ich w „łagodne obroty”.

— Z tym nie będę miał wiele trudu — powiedział Załkind — ja mam tu siostrę, która utrzymuje na Ciepłej taki nocny interes z dziewczynkami. Taki sobie interes, nawet nieźle idzie. Otóż ona ma swoich ludzi, rozumie kapitan, w tym fachu to ona musi mieć pewnych ludzi. Da się zrobić. Tylko dwie rzeczy mnie martwią: Lubie trzeba będzie powiedzieć i ona się nastraszy...